shw.rice
 
 

Archive for September, 2006

May the force be with you, czyli krzyz na droge

Thursday, September 28th, 2006

Od wczoraj wielka afera, prawdopodobnie pierwsza tak wielka, tak realna afera czwartej – tfu tfu – rzeczypospolitej. Tajne sluzby wywiadowcze w postaci Morozowskiego i Sekielskiego, tajny, nowoczesty sprzet inwigilacyjny w postaci poklejonego glosnika tegoz ostatniego i agenta 00Beger.

PiS zlapany, niczym posel Samoobrony w Brukseli, tyle ze bardziej – bo na goracym uczynku i ze spuszczonymi spodniami. O ile w poprzedniej sprawie swiadkiem byla prostytutka [z zalozenia mniej prawdomowna od posla], ktora mogla mowic prawde lub liczyc na afere [co mozemy ogladac w innym programie stacji TVN - "Na wspolnej" i perypetiom z niejaka Alicja], to tym razem swiadkiem jest nie tylko nienajswietsza Beger, ale i miliony Polakow – wszystko powered by technicolor i dzwiekowi Dolby Surround [where available]. Poslowie Lipinski i Mojzeszowicz proponowali konkretne korzysci za przejscie kluczowej postaci Samoobrony, w postaci agentki Beger.

Nie o tym jednak, bo naczytac sie o tym i nasluchac mozemy wszedzie. Chodzi o zachowanie PiS’u, ktore mozemy odkrywac na nowo. Tym razem bardziej niechlujnie, bo PiS nie byl przygotowany, jak np. w czasie wyborow. Autorzy audycji BlogFM [powered by Uklad oczywiscie], stworzyli kiedys porownania PiS’u, do postaci z gwiezdnych wojen. Jednak pomylili sie chlopaki, bo umiejscowili PiS po zlej stronie mocy. A tych charakteryzuje pewna cecha, ktora charakteryzowala dobrych Jedi. Nie jest to jednak ani dobroc, ani chec szukania czy tworzenia harmonii we wszechswiecie [a.k.a. Polsce], a umiejetnosci “machania reka”.

Pamietacie scene z Obi Wan’em, kiedy przelatuje kolo kontroli i macha reka? O to mi chodzi. PiS robi to samo, tylko na nieco innym poziomie niz zazwyczaj. I albo Polacy sie uodpornili [miejmy nadzieje - na przyszlosc], albo PiS stracil swoje midichloriany. Machaja oni bowiem rekami, probujac wmowic rozne rzeczy, ale chyba [i miejmy nadzieje, ze] kiepsko im to wychodzi. Widzimy czolowych politykow partii [i nie tylko] mowiacych – nie ma korupcji, to normalne lub Obi Wan’owe “to nie nas szukacie”, ale moc ich opuscila. Kto wie – moze narodzil sie ten, ktory przyniesie rownowage? Kolejny Lord Vader. Ktoz to wie, oprocz oczywiscie prawdziwych rycerzy Jedi – bo ci potrafia wyczuwac zawirowania mocy.

Miejmy nadzieje, ze inaczej niz w przypadku Gwiezdych Wojen nie bedziemy musieli walczyc ze zla strona mocy, w postaci PiSu. Mieczy swietlnych nie wynaleziono, a Polska moze nie miec czasu na VI epizodow. Juz ledwo zipie po “tanim panstwie”, ledwo miesci sie w granicach przez te 3 miliony nowych mieszkan, nie mowiac o tym niekontrolowanym naplywie ludnosci z Europy Zachodniej, szukajacych lepszego, dostatniejszego zycia, po niepowodzeniach w Wielkiej Brytanii, Irlandii i innych. Ostatnio naplynelo tyle mlodych ludzi, praworzadnych [bo jacy inni mogliby naplynac do "panstwa prawa i odnowy moralnej"?], ze ZUS nie ma gdzie trzymac skladek i ma wyplacac 10-krotnie wieksze emerytury.

Tak wiec – skorscie tacy wielcy i prawi katolicy, panstwo PiSowcy – wiec – krzyz na droge i powodzenia we wczesniejszych wyborach – bo jezeli tych nie bedzie, to obawiam sie, ze nawet zmeczony tym wszystkim polski narod przypomni sobie inny firm i sposob na rzady, ktore delikatnie mowiac “sie nie sprawdzaja” – “V …”?

define(’slowo’, ?)

Saturday, September 23rd, 2006

Homoseksualizm budzi wiele dyskusji – nie tylko na poziomie samej seksualnosci, ale i na tematy bardziej filozoficzne, powiedzialbym. Bo tak w zwiazku z postem o “Nietolerancyjnych strazakach” wywiazala sie dyskusja o.. definicji.

Wymieniajac poglady z walthem doszlismy do momentu, kiedy doszlo do definiowania pewnych slow – takich jak tolerancja i akceptacja. To z kolei spowodowalo, ze zaczelem o tym myslec – co mozna nazwac prawidlowa definicja slowa? Jakie jest jego _prawdziwe_ znaczenie?

A wszystko zaczelo sie od popularnej “tolerancji”. Walth wyciagnal definicje tego slowa z Wikipedii i opierajac sie na niej stworzyl taka teorie: tolerancja != akceptacja, jezeli jest akceptacja, to jest tolerancja, a co gorsza – uznal to za jedyne mozliwa definicje tegoz slowa. Chodzilo glownie o to, iz aktualnie uzywana definicja slowa tolerancja jest nieprawidlowa, poniewaz ma za duzy narzut na popieranie pogladow, natomiast przytoczona przez niego definicja koncentruje sie na tolerowaniu, jako na “znoszeniu” danego podmiotu.

Ale czy na pewno? Pofilozofujmy..

Co mozna nazwa poprawna definicja slowa? Jak powstaje poprawna definicja? Wedlug waltha – podaje ja “slownik jezyka polskiego” wydawnictwa PWN. Ale dlaczego akurat ta? Kto powinien decydowac o tym co czyja definicja jest poprawna? Ze to definicja slownika PWN, a nie innego wydawnictwa? Czemu akurat ten autor wpisu ma racje, a nie np. ja [pomijajac, ze rozne kierunki studiow i zainteresowan] albo inny redaktor slownika?

Ale po kolei. Jezyk polski nie jest jezykiem martwym, jak np. lacina. Przeksztalca sie, zmienia nieustannie. I nie sa to zmiany jedynie przez dodawanie nowych wyrazow, lecz tez przez zmiane wyrazow istniejacych. Nabieraja one nowych znaczen. Tak wiec – czy pierwsze znaczenie slowa powinno byc jego definicja? Nie – w przeciwnym wypadku ciagle uzywamy zlych okreslen. Sa one rozne od znaczeniowo, od kiedy zostaly stworzone. Jezyk sie zmienil, a wraz z nim owe wyrazy. Tak wiec pierwotna definicja nie jest prawidlowa definicja wyrazu.

Tak wiec moze – najnowsza definicja jednym, wybranym slowniku? Tylko powstaje problem – czemu w tym i czemu akurat ta [i jeszcze jeden, ale o tym dalej]. Ta sama definicje mozna napisac do 100 roznych sposobow. Nawet uzywajac tych samych slow, ale w innej kolejnosci nadajemy pewnej barwy danemu znaczeniu. Zaleznie od pogladow autora, aktualnych czasow czy nawet nastroju podczas jego pisania. Nie mowiac o tym, ze definicja przechodzi przez wiecej niz jedne rece i podlega modyfikacjom. A w przypadku takich definicji jak slowo “tolerancja” chociazby zabarwienie, ma w rozliczeniu spore znaczenie. Nie mowimy tu o “pierwiastku” czy “calce”, ktore mozna zdefiniowac jednoznacznie, ale o znaczeniu zwiazanym z kultura i zyciem. Dlaczego wiec przyjmowac za definicje cos, co jest wynikiem niejako pogladu tworcy definicji? Tak bezkrytycznie przyjac jego poglad. I co zrobic z naszym zabarwieniem tego wyrazu? Uzywajac slow, wyrazamy uczucia. Moge nie lubic jakiegos slowa i uzyje go wtedy w kontekscie, w ktorym wypadnie ono zle, bedzie znaczylo cos negatywnego. Dla jednyk ‘geek’ to komplement, dla innych obelga – ktora definicja jest prawidlowa? Tak wiec nawet najnowsza definicja nie jest czyms czego mozna sie bezkrytycznie trzymac.

Wiec co? No coz – nie tak szybko – analizujmy bowiem dalej, bo bedzie jeszcze ciekawiej. Czemu powinno uzywac sie najnowszego slownika, a nie pierwszego? Bo wyraz zmienil lub nabral nowego znaczenia. Ale przeciez to niemozliwe! Przeciez zgodnie z teoria, definicja wyrazu zalezy od najnowszego znaczenia zapisanego w slowniku. Tak wiec za czasow tworzenia slownika pierwotnego – to byla aktualna i jedyna mozliwa definicja danego wyrazu – przeciez mowi to teoria, w ktorej uzywamy owego slownika, jako argumentu. Tak wiec znaczenie slowa nie mialo prawa sie zmienic – nie moglo podlegac ewolucji, zmianom – posiadalo definicje zapisana w slowniku i byla to _jedyna poprawna_ definicja tego slowa. Slowo nie moglo zostac uzyte na nazwanie czegos niezapisanego w slowniku, poniewaz nie byloby to zgodne z jego definicja, co oznacza, ze opis bylby bledny i pusty. Kiedy powiem, ze moj “komputer jest przystojny” uzyje slowa przystojny w zlym znaczeniu, rzeczy martwe nie podlegaja pod definicje slowa “przystojny”, tak wiec uzywajac slowa przystojny, probuje nadac mu inne znaczenie, niezgodne z aktualna definicja, co jest sprzeczne z teoria slownika == nie do przyjecia. Tak wiec – teoria stwierdza, ze nie aktualne znaczenie wyrazu sie liczy, a jego znaczenie pierwotne! Tak wiec mamy problem, bo slow, ktore zmienily znaczenie lub nabraly nowego jest znacznie wiecej, niz tylko problematyczne “tolerancja” i “akceptacja”. Nie tylko wyslawiamy sie zle, ale i cala teoria slownia stoi w opozycji do samej siebie – lamiac swoja teorie. Paradoks.

Probujmy nie panikowac, nie wszczynac zamieszek, obalac rzadow i tworzyc swiat od poczatku – przynajmniej przez chwile. Plynmy dalej, analizujac problem slownika. Czemu teoria slownika nie dziala? Poniewaz przynajmniej jeden wyraz, od czasu swojego powstania zmienil znaczenie. To wystarczy, aby obalic ta teorie. Dlaczego zmienil on znaczenie? Poniewaz zostal uzyty w kontekscie, do ktorego nie zostal stworzony. Poniewaz.. zmienili go ludzie. I to nie ludzie, ktorzy oderwani od rzeczywistosci, zamknieci przez cale zycie w pokoikach i tworzacy “Slownik” postanowili zmienic jego znaczenie, a poniewaz zwykli ludzie lub – bardziej przerazajaco – zwykly czlowiek – gdzies, kiedys wypowiedzial wyraz nie trzymajac sie kurczowo jego definicji, w kontekscie innym niz zapisany w slowniku. A to jak wirus – rozprzestrzenilo sie na miasto, kraj, swiat. A wystarczylo uzyc wyrazu w innym zabarwieniu, niz [powiedzmy] neutralne – slownikowe. I juz zwykly wyraz stal sie obelga. Zmienil sie, ewoluowal, a wraz z nim musiala zmienic sie i definicja slowa w slowniku. A slownik, jako taki stracil swoje znaczenie, wyznaczajace poprawna i jedyna definicje danego wyrazu.

Tak wiec od czego tak naprawde zalezy definicja? Od ludzi. Ale jezeli uwazasz, ze to koniec – to bedzie jeszcze lepiej – niespodziewany zwrot akcji. Bo sluchaj dalej – czemu slownik musial zareagowac na nowa definicje slowa? To, ze powiedzialem “przystojny komputer” nie oznacza, ze slownik musi zmienic definicje wyrazu. Chodzi o “wiekszosc” lub jak kto woli – odpowiednie minimum. To, ze jedna osoba uzyje wyrazu niezgodnego z definicja na aktualny moment w czasie, tylko zapoczatkowuje proces. Te nowa, nieformalna definicje musi “podlapac” odpowiednia ilosc osob i zaczac jej uzywac. Kiedy to slowo zostanie rozpowszechnione w nowej definicji odpowiednio dlugo, u odpowiednio duzej liczby osob, slownik musi zareagowac i zaktualizowac definicje – w przeciwnym razie bylby oderwany od rzeczywistosci i nikt by go juz zupelnie nie bral pod uwage. Tak wiec slownik zmienia definicje, pozostawiajac sobie resztki “wladzy” nad slowem i jego definicja. Udowadnia tym jednoczesnie, ze wladzy tej nie ma, jest ona jedynie pozorna, bo wlasnie ktos mu ja odebral, zmuszajac go do zmiany definicji.

Ale obiecalem wam zwrot akcji, niespodziewany koniec, moze nawet nadzieje na sequel. Bo czy rzeczywiscie od wiekszosci zalezy ta definicja? W tym problem, ze nie. Swiat nie jest idealny, nie mozemy podpozadkowac go sztywnym regulom, ktorych wszyscy bedziemy sie trzymac. Moze to bolec, moze nawet ciebie – mozesz skakac, tupac nogami, ale prawda jest taka, ze sie nie da. I cala ta teorie mozna wyrzucic do kosza – bo znaczenie wyrazu zalezy od.. ciebie! To ty odpowiednio interpretujesz wyraz. Biorac pod uwage swoja znajomosc jego definicji, kontekst, nastawienie do osoby, ktora uzyla wyrazu, calosci informacji, nastroju, humoru, stanu psycho-fizycznego, dnia tygodnia, godziny, pogody za oknem i miliarda innych, “nieistotnych” spraw, ktore sprawia, ze wypowiedz i kazdy jej wyraz, swojego rozmowcy zinterpretujesz i zrozumiesz tak, jak.. powiedzmy bedziesz tego chcial. Nie bedzie cie obchodzic co mowi najnowsze czy pierwotne wydanie slownika [teorie slownika], wiekoszosc ludzi [teoria "wiekszosci"] – to wszystko nie bedzie mialo znaczenia, bo i tak przywalisz gosciowi, bo uznasz, ze cie obrazil. I to od ciebie bedzie to zalezec. Kto wie – moze nawet dzieki temu, wyraz, ktory cie tak zirytowal, stanie sie za 5-10 lat najgorsza obelga, chociaz zgodnie ze wszelkimi teoriami, nie byl nia, dopuki go tak nie zrozumiales. Bo ani slownik, ani “wiekszosc”, ani nawet sam wypowiadajacy wyraz w oparciu o jakakolwiek definicje, nie ma takiej mocy jej zmienic, jak ty, ktory ten wyraz interpretujesz.

Tak wiec – swiat nie jest idealny, nie ja “jedynej wlasciwej” definicji wyrazu, malo jest stalych definicji [i zwykle odnosza sie one do zjawisk stalych i wzglednie jednoznacznych - jak np. definicje okreslen matematycznych], a znaczenie wyrazu zalezy w gruncie rzeczy od “widzimisie” osoby, do ktorej kierujemy slowa. Jedyne co mozemy zrobic z formalnymi definicjami, to przyjmowac je jako pewne wyznaczniki, mozliwe znaczenia.. a tak naprawde – po prostu modlic sie, zebysmy sie nawzajem zrozumieli :)

Ultramaryna

Thursday, September 21st, 2006

“Urodzilam sie w swiecie, ktorego mozecie nie zrozumiec”. Gleboko i mrocznie zaczyna sie kolejna barwna produkcja z Milla Jovovich w roli glownej. Kiedy ogladalem trailer zapowiadalo sie rownie ciekawie jak te poczatkowe slowa – nie wymagajaca specjalnego myslenia produkcja-hybryda – polaczenie akcji i s-f. Niestety slowa poczatkowe odbijaly sie echem przez caly film.. bo rzeczywiscie nie bylem w stanie go zrozumiec.

Trailer – troche walki, ladna Milla – czego chciec wiecej, jezeli liczy sie na kino, po ktorym nie siedzi sie po cichu rozwazajac o zyciu? Coz.. pierwsze co mi przychodzi na mysl to.. moze rezyseria? Rezyserem i tworca scenariusza do filmu jest niejaki Kurt Wimmer. Tworca moze niespecjalnie znany, ale to przez to i ze niespecjalnie plodny. Z bardziej znanych ostatnich produkcji mozna mu przypisac Equilibrium i Rekruta, z tym, ze w tym ostatnim maczal palce jedynie jako tworca scenariusza. I jedyne co cisnie sie na usta to – “dzieki bogu”, bo film rzeczywiscie byl w miare ciekawy. Natomiast polaczenie scenariusz i rezyseria w tym wykonaniu okazuje sie niebezpieczne. Przykladem moze byc wlasnie Ultraviolet.

O ile scenariusz mozna uznac za znosny – historia podobnie jak w przypadku Equilibrium nosi znamiona ciekawych watkow, to najlepsza rzecza, jaka pan Kurt mogl zrobic dla firmu, to na tym poprzestac. Patrze ja na jego dziela i rzuca mi sie od razu prawidlowosc – jezeli to nie on byl rezyserem, to film nie byl dnem.

Na nieszczescie dla nas – Ultraviolet nie jest takim przypadkiem. Bo mamy Mille Jovovich – ladna i efektowna, historie – moze i naiwna, ale i wnoszaca odrobine swiezego pomyslu. I co? I mamy rezysera – Kurta Wimmer’a, ktory przyszedl pewnego dnia do pracy i powiedzial – “fuck this – znudzila mi sie ta historia”, po czym opowiedzial ja tak, jakby nie byl do konca trzezwy, nie wiedzial do konca o co mu samemu chodzilo, a najlepiej, to jakby ten film sie juz skonczyl. I tak w gruncie rzeczy ciekawa do rozwiniecia historia zostala opowiedziala, jakby Kurt opowiadal nam ja “na odpierdol” – szybko, nudno, nieciekawie, a do tego w taki sposob, ze jak nie wiesz o co w filmie chodzi, to z opowiesci tego nie wywnioskujesz.

Ot – typowe dla osoby, ktora niespecjalnie potrafi opowiadac fabule. Pytamy sie o czym byl film i otrzymujemy zbitek roznych, niepowiazanych specjalnie scen-kluczy, z przerywnikami w formie “a tutaj to to fajnie wygladalo”. I tak ogladajac Ultraviolet raz widzimy w gruncie rzeczy wyrwana z kontekstu scene, ze zdawkowym i naiwnym wyjasnieniem czemu tak sie stalo [albo i bez niego], a innym razem Mille w seksownym stroju, bardziej w roli modelki niz aktorki. Kiedy natomiast chce sie objac calosc – nie ma jak, bo w gruncie rzeczy calosc jest powiazana tylko tym, ze we wszystkich scenach pojawia sie ta sama osoba.

No chyba, ze to ze mna jest cos nie tak. Sprobujmy – w jednej scenie pojawia sie Violet, otoczona 700 zolnierzami. Chlopec, ktorego miala chronic umiera [zgodnie z planem - mial chlopak 8h zycia]. Bad guy zabija Violet, a chlopca zamraza, bo ten moze miec w sobie pozostalosci wirusa. Nagle Violet sie budzi i chce uratowac chlopca, bo mimo iz umarl jej w ramionach, co zostalo potwierdzone przez lekarza – chlopak zyje. Wiec jak – mial on umrzec czy nie? Zabili ja czy jej nie zabili? Jak jej niby-zwloki dostaly sie do “swoich” i ci ja uratowali? Czemu wszyscy w.w. mieli godziny zycia, a jednak zyja? A to tylko jedna scena! I nie satysfakcjonuje mnie, kiedy widze na ekranie, ze jej lza na niego skapnela, a Violet mowi, ze “odrodzil sie na nowo” – bo albo ta historia nie trzyma sie kupy, albo jej spora czesc zostala w glowie rezysera i tylko on film zrozumial..

Film jest tak nieciekawy [zeby nie powiedziec - denny], ze az trudno mi to opisywac. Gdybym poszedl na niego do kina [a po trailerze mialem ochote], to siedzialbym po nim jakies 1.5 do 2 godzin czekajac na to, az zacznie sie prawdziwa projekcja. Bo to, co ogladalem zakrawa co najwyzej na bardzo dluga reklame firm odziezowych badz kosmetycznych, w ktorych Milla bierze udzial. A to ze wzgledu na to, ze chyba tylko ladne stroje czy tez wyglad glownej bohaterki jest pozytywna czescia filmu. Reszta to brak spojnosci, brak logiki i brak czegokolwiek innego. Do tego moge powiedziec wam ktore sceny z filmu z budzetem 33 milionow byly nagrywane na poczatku, a ktore na koncu. Czemu? Bo wiem, kiedy zaczynalo brakowac kasy trzeba bylo sie zadowolic jakas darmowa aplikacja do efektow specjalnych, dolaczona do tzw. “gazety komputerowej”. Scena walki z trailera poszla na poczatek – w miare ciekawa choreografia, efekty uderzen i pekajacych pancerzy. Natomiast np. sam koniec filmu czy scena walki na dachu – to ostatnie dni zdjeciowe. Dym wydobywajacy sie z peknietych szyb czy ogien za szybami kopuly wygladaja jak pokaz silnika graficznego z czasow Quake’a. Podobnie powala efekt lustrzanych okularow [juz 7 lat temu w Matrixie bylo to zrobione ladniej]. A co rezyser widzial i na czym sie wzorowal wjezdzajac gosciowi do ucha, a wyjezdzajac lufa? To pytanie dreczyc mnie bedzie do konca zycia..

Skracajac juz meki. Co jest warte obejrzenia w tym filmie? Plakat – wyszedl calkiem calkiem, trailer – zobaczycie w nim praktycznie 99% znosnych scen z filmu – a znacznie szybciej. A ze historii mniej? No coz – poratuje was i opowiem w skrocie – Milla to Violet, co i raz zmienia jej sie ubranie i kolor wlosow. Jest chora, jak i mala czesc spoleczenstwa, przez co szybko umrze. Zeby sie za bardzo nie podlamac choroba – ma “super-moce” w stylu lepszego sluchu, wzroku, szybkosci. Wykrada bron przeciwko chorym, ktorych zwalcza zly rzad w osobie jednego bad-guy’a, ktora okazuje sie nie byc wcale bronia, a chlopcem, ktory ma przenosic anty-gen przeciwko chorym, ale nie przenosi, bo przenosi anty-gen przeciwko ludziom. Violet ratuje chlopca, ktorego chca zabic chorzy [w osobie rowniez jednego bad-guy'a], zeby go porzucic, zeby go znowu odnalezc, uratowac i tak kilka razy. Przez ten czas magicznie pokonuje setki [doslownie] przeciwnikow – zarowno tych z “supermocami”, jak i bez, rzucajac co i raz jakims tandetnym zwrotem. Pod koniec daje sobie spokoj, oddaje chlopca, ten umiera, ja zabijaja, ale jednak zyje, z reszta martwy chlopiec tez. Pokonuje zlego bad-guy’a, ktory okazuje sie miec rowniez “supermoce” i ratuje siebie [znajduje lekarstwo] i chlopca [informacja o tym co z tym antygenem jest marginalna, wiec sie nie dowiemy czy ciagle jest w chlopcu czy nie].

Dzieki temu nie straciliscie prawie niczego – mozecie obejrzec inna, sensowniejsza produkcje. A jezeli jestescie milosnikami Milli Jovovich – no coz – mozecie obejrzec, ale wylaczcie glos i przesuwajcie sceny, w ktorych nic sie nie dzieje – zaoszczedzicie dobra godzine ze swojego zycia, poczucie smaku oraz swiadomosci, ze mozna stworzyc beznadziejne efekty specjalne.

Google – we will save you

Thursday, September 14th, 2006

Przez przypadek trafilem na nowa funkcje Google’a – i nie powiem – naprawde mi podpasowala, chociaz to taki maly duperelek.

Szukajac czegos w necie kliknelo mi sie na jedna strone i..

Ostrzeżenie – witryna, do której zamierzasz przejść, może uszkodzić Twój komputer!

Cool – nie? A tak serio – jak czlowiek uwazny to wie co moze sciagnac, wie co moze kliknac, a co mu zrobi wielkie bum w systemie. Niemniej jednak – dla zwyklego uzytkownika – rewelacja. Klika nie to co trzeba [co czesto sie zdarza, poniewaz niektore np. "strony z crackami" [faktycznie sa tam reklamy i roznie smieci] podpinaja sie pod kazde mozliwe zapytanie. Z reguly latwo je poznac, jezeli wpiszemy lekko bardziej zaawansowana fraze do wyszukania – zadziwiajaco – w adresie badz tytule strony znajduja sie wszystkie slowa bez wyjatku. Niemniej jednak – ja to wiem, ty to wiesz, a zwykly uzytkownik? Dostanie strone-posrednika z w.w. ostrzezeniem. Ze tez trzeba bylo czekac tak dlugo, zeby w kraju pelnym “odkrywczych wynalazkow” z dziedziny informatyki i algorytmow, dalo sie wpasc na takie drobne udogodnienie.

Dla ciekawskich – w celu zasymulowania – wpisac fraze cracks i kliknac chociazby pierwszy link. Ciekawe z czym jeszcze dziala.. Fajnie by bylo, gdyby do filtra dodano strone samoobrony, PiS’u i LPR’u. “Ostrzezenie – witryna do ktorej zamierzasz przejsc, moze uszkodzic Twoj mozg” :P

O – jaka masz duza sikawke..

Monday, September 11th, 2006

W niektorych krajach geje nie maja tak dobrze jak w Polsce. Nie osiagaja wysokich szczebli w panstwie, nie sa znajomymi prezydenta. Niemniej jednak homoseksualne lobby dziala, moze nie tak sprawnie jak u nas i ukryci, homoseksualni, tajni agenci – niczym James Bond w rozowym smokingu sprawuja wazne funkcje w strazy pozarnej.

A mowa o Szkocji – kraju ludzi skrzywionych, bo jaki normalny [czyt. heteroseksualny - wyrazy uzywane zamiennie] facet chodzilby w spodniczce? 9 strazakow z jednostki w Glasgow zostalo ukaranych za odmowienie wziecia udzialu w paradzie rownosci [w dziwny sposob, nazwa wymienna z "parada homoseksualistow", co nie jest do konca prawda].

Jeden zostal zdegradowany i stracil 5000 funtow pensji, reszta dostala upomnienia. Oczywiscie w pewnych kregach – za wolnosc pogladow. Ale czy na pewno?

Pomijajac fakt szkodliwosci homofobii, jak kazdego rodzaju ksenofobii – czy naprawde ktos zabranial im posiadania wlasnych pogladow? Zmuszal do kochania gejow [lub co gorsza - z gejami]? Czy zostali oni ukarani za swoje poglady?

Wiele osob chcialoby to tak widziec. Lobby homoseksualne lub inny uklad chce nam odebrac “swieta zasade wolnosci” wypowiedzi, posiadania i wyrazania pogladow. Bo coz innego moglo stac za czynem ukarania strazakow? Coz innego moglo byc powodem ich nagannego zachowania? A moze.. nie wykonanie polecenia?

Strazacy dostali polecenie sluzbowe – stawic sie na paradzie i rozdawac ulotki o tym, ze dla strazy nie wazne jest kogo co pociaga i kreci – pomagaja wszystkim. Taka akcja propagandowa o tym, ze w strazy pracuja ludzie cywilizowani i tolerancyjni. Polecenie jak kazde inne – moze mniej pilne, od powiedzmy pozaru, jednak – praca to praca – szef kaze, pracownik musi, albo jak mu sie praca nie podoba – niech sobie znajdzie inna. Nie ma tu miejsca na poglady. Rydzyk przyjdzie i zamowi oprogramowanie za kilkadziesiat tysiecy do obslugi jedynego slusznego radia – i nie bedzie miejsca na sentymenty czy poglady – klient to klient, a miejsce na poglady i ich okazywanie jest poza praca. Panowie strazacy jednak uznali, ze jak sie nie pali, to juz sobie moga wybierac co beda robic w pracy, a czego nie. Woz jest brudny? Mi nie przeszkadza – jak tobie przeszkadza, to se go umyj.

I naprawde – niewiele da wciskanie kitu, ze to geje, ze juz nie mozna miec wlasnego zdania, a zostalismy ukarani, bo mamy poglady. Chociaz z tym ostatnim to moze i troche racja – bo rozeszlo sie o poglad o prace. Bo przelozeni uwazali, ze parszywa 9-tka, powinna umiec cos wiecej niz tylko zgrabnie machac sikawkami.

Wybierz tło:
Gotowe Gotowe