shw.rice
 
 

Archive for the 'brain' Category

Google Privacy Rape (BETA) – invitation from Rocky Mountain Bank only!

Wednesday, September 30th, 2009

Mialem o tym napisac jakis czas temu, kiedy informacja wyciekla, ale teraz wydaje sie byc ku temu jeszcze lepszy moment, w zwiazku z tym, iz informacja znalazla swoj final – przynajmniej na razie.
Jakis tydzien temu swiat obiegla informacja o tym, ze Google zostala pozwana do sadu przez bank. Brzmi powaznie i chociaz z pozoru, kiedy poznamy historie to wrazenie mija, to niestety – w rzeczywistosci takie jest. W skrocie – pracownik banku zostal poproszony przez jednego z klientow o przeslanie dokumentow w sprawie kredytu. Najwyrazniej Rocky Mountain Bank zatrudnia odpowiednio przeszkolonych technicznie pracownikow, wiec ten dokumenty wyslal i jako bonus dorzucil plik z danymi 1300 klientow – ponoc omylkowo, ale jako ze nie chce oskarzac owego pracownika o opoznienie umyslowe – mysle, ze byl to rodzaj viral marketingu w stylu “zobacz jacy zacni obywatele nam zaufali”. Sek w tym, ze wyslal go na inny adres – adres uzytkownika Google.
Banki maja taka procedure, ze jezeli wyslesz pieniadze innej osobie, niz bys chcial (w koncu o wiele latwiej sie pomylic w dlugim numerze), nie mozesz po prostu wycofac pieniedzy – ten, ktory je otrzymal musi sie na to zgodzic. Nawet jezeli dane takie personalne roznia sie od danych posiadacza rachunku. Bank jednak uznal, ze ta cala poczta internetowa, to jakas zabawka – cos pokroju pasjansa czy sapera, w ktorego pewnie pracownicy ostro pocinaja po sieci i tam nie ma zadnych regul. I mowiac zadnych, mam na mysli zadnych. Bank bowiem zglosil sie z prosba do Google, aby nie tylko skasowali owego maila, ale takze zablokowali dostep do konta uzytkownika, do ktorego omylkowo wyslano dane i podano bankowi jego dane. Jestem pewien, ze to ostatnie mialo na celu dopisanie owego klienta do pliku z 1300 innymi klientami oraz zlozenie mu oferty otwarcia lokaty na preferencyjnych warunkach, bo maila do newslettera juz mieli. Google nie zgodzilo sie, stwierdzajac, ze nie moga nic poradzic, jezeli nie maja wyroku sadu. Nie wiem czy to ostatnie bylo wskazowka dla, z kolei na pewno jeszcze bardziej zorientowanego dzialu prawnego banku, jak rozwiazac ten problem, czy tez zwykla maszynowa odpowiedz. Osobiscie bardziej podobaja mi sie odpowiedzi The Pirate Bay do instytucji, ktore mysla, ze na pstrykniecie palcami reszta swiata ma robic wszystko czego chca, ale to kwestia wewnetrznej polityki firmy.
Minal tydzien i okazalo sie, ze sad przychylil sie do zadan banku – wszystkich zadan. Tak wiec lejac porannym moczem (polaczonych strumieni wielkich instytucji) na prywatnosc i osoby i jego korespondencji – Google zgodnie z wyrokiem sadu zablokowal dostep do konta uzytkownika, przeslal jego dane bankowi oraz usunal problematycznego maila. Jako happy end bank podaje, ze mail nigdy nie zostal otwarty przez uzytkownika i mozemy odetchnac z ulga (wracajac do naszych saperow i pasjansow). Happy end co najwyzej dla banku, bo dla reszty swiata to niespecjalnie przyjemna informacja. Okazuje sie, ze wystarczy jedna wieksza instytucja, sedzia z kompleksem supermana i nasza prywatnosc i wolnosc nagle traci na znaczeniu. To zla informacja zarowno dla sado, jak i dla nas. Pamietajmy, ze w amerykanskich prawie instnieje instytucja precedensu – i teraz przez pospiesznie przeprowadzona sprawe, inne firmy i instytucje moga zwracac sie do sadu o wydawanie danych osobowych, blokade i dostep do kont uzytkownikow serwisow, powolujac sie wlasnie na ta sprawe. Dla Google tez nie jest to najlepsza informacja – spodziewam sie duzo zlego PR’u, negatywnych komentarzy odnosnie prywatnosci ich uzytkownikow oraz jeszcze wiecej teorii spiskowych wokol Gmaila, skladowania takiej ilosci informacji o uzytkownikach w “jednym miejscu” itp.
Pojawia sie rowniez komentarze, ze przeciez chodzilo o ochrone danych ponad 1300 osob. Tego jak to lepiej poswiecic prywatnosc jednego czlowieka, aby “uratowac” innych 1300. Sek w tym, ze jezeli nie szanujemy prywatnosci i wolnosci jednostki, to nie jestesmy w stanie szanowac tych samych wartosci u 1300-krotnie wiekszej grupy. Pomijam juz fakt wyciagania danych uzytkownika i traktowania go jako z gory niebezpiecznego przestepcy i potencjalnego handlarza danymi osobowymi.
Na koniec pozostaje powtorzyc/sparafrazowac pewno wazne powiedzenie – jezeli ktos jest sklonny poswiecic wolnosc czy prywatnosc w imie bezpieczenstwa – nie zasluguje on ani na jedno, ani na drugie.

Kome Get sOme!

Saturday, September 19th, 2009

Maciek pisal ostatnio o tzw. zarowkach energooszczednych, ktore ze wzgledu na szczegolne dzialanie UE z czasem zawitaja u coraz wiekszej czesci spoleczenstwa. Moze ktos sie zgadzac badz nie zgadzac z oszczedosciami, z roznica w oddawanym swietle, iloscia swiatla konta “watowoscia” zarowek (chociaz z tym ciezko polemizowac), nawet uwazac opinie o lobby wytworcow zarowek, naciskajacych na UE aby wyciagnac z nieudanej technologii ostatnie pieniadze, dopuki jeszcze mozna, za teorie spiskowa. Nie zmienia to jednak faktu, iz zwolennik wolnego rynku czy nie – chyba nikt o zdrowych zmyslach nie stwierdzi, iz mniejszy wybor to najlepsze rozwiazanie. Osobiscie wolalbym miec wybor, niz byc zmuszanym do rozwiazania, ktore najwyrazniej nie jest w stanie wytrzymac konkurencji na wolnym rynku z produktem, ktory stosunkowo nie zmienil swojej konstrukcji i dzialania od 230 lat. Ekologia jeszcze nie wszystkim zbiodegradowala zdrowe zmysly, wiec w materialach reklamowych olewa sie prawie calkowicie ekologie rozwiazania i koncentruje sie na ogromnych oszczednosciach generowanych przez swietlowki w warunkach laboratoryjnych. Oczywiscie wszystko dla naszego dobra – bo narod do tej pory byl za glupi i przeplacal, wiec sie go nawroci na potencjalnie tansze i wydajniejsze rozwiazanie, zakazujac korzystania z rozwiazan niewydajnych i drogich. Ciekawe podejscie ze strony organu, ktory jest przynajmniej rownie wysoce niewydajny i drogi jak te przeokropne zarowki.
Chwilowo olejmy kwestie zdrowotne swiatla i szkodliwych materialow uzytych do produkcji swietlowek energooszczednych. Dzisiaj bedzie o KGO, ktore dla wielu osob pozostaloby wielkim, tajemnym skrotem, o ktorym specjalnie wieksza czesc obywateli nie klopotalaby sie (w tym i ja), gdyby skrot ten nie pojawil by sie jako oddzielna pozycja na rachunku – i wtedy obywatel zastanawia sie czemu to kupujac swietlowki nagle mam wiecej pozycji i cos czego nie zamawialem, a jestem zmuszony placic.
Otoz obywatelu – KGO to bardzo przyjemny, polski skrot – Koszt Gospodarowani Odpadow, czyli koszt przetwazania i recyklingu odpadow powstalych ze sprzetu elekrtycznego i elektronicznego. A kto kiedykolwiek dobrowolnie lub mimowolnie rozebral taka swietlowke, to wie, ze “swinstwa” tego jest tam co niemiara, zwlaszcza w porownaniu z prosta jak konstrukcja cepa zarowka. I tak wlasnie oszczedzajac musimy zaplacic te kilkadziesiat groszy na zarowce, za pozniejsze przetworzenie odpadow z niej powstajacych. W koncu jakby tak obywatel zaoszczedzil od razu za duzo, to by mu sie w glowie poprzewracalo – z reszta jak sie za wieksze pieniadze kupuje cos co ma swiecic w domu, to przydalby sie jakis podatek od lukusu.
W poszukiwaniu informacji o KGO trafilem na ciekawy FAQ dla – teoretycznie – sprzedawcow. I tak na przyklad otrzymujemy odpowiedz na logiczne pytanie “dlaczego placic za przetwozenie odpadow z gory, a nie w momencie kiedy te odpady powstana” – otoz – uwaga – Koszt Gospodarowania Odpadow nie sluzy pokryciu kosztow przetworzenia urzadzenia, lecz za pieniadze te nastapi stworzenie potencjalnych instytucji, a wrecz calego systemu, ktory w przyszlosci bedzie w stanie te odpady przetworzyc. I tak obywatel bedzie w stanie oddac, wedlug artykulu, bezplatnie dane urzadzenie za lat 7-10. Dziwna to bezplatnosc, kiedy sie za cos zaplacilo te 7-10 lat wczesniej i placi przy kazdym zakupie nowego urzadzenia. Jest to ponoc oplata recyklingowa – co wskazywalo by to, iz elementy zostana uzyte ponownie. Tak wiec nie bedzie sie tworzyc nowych elementow, lecz bedzie sie uzywac starych – tak wiec w teorii powinno byc taniej, a jest drozej. Tak to jednak juz jest z recyklingiem – w przeciwienstwie do recyklingu pozytywnego, wolnorynkowego – jak np. w przypadku tuszy do drukarek, kiedy to tzw. nowe tusze sa drogie, a te mniej nowe, powtornie odzyskane lub uzupelniacze – sa mniej drogie.
No to juz wiecie czym jest to KGO, jak dokladacie kolejna cegielke do budowy narodowego systemu recyklingu i lepszego zycia oraz ogolnej taniosci i ekologii w naszym pieknym kraju. Taki podatek od luksusu mozliwosci posiadania drozszych, lecz tanszych swietlowek oraz posiadania osob, ktore wiedza lepiej ze obywatel woli zaplacic wiecej za urzadzenie do swiecenia, niz za energie elektryczna. Tylko nie zapomnijcie, ze calosc jest bezplatna – w koncu przez 7-10 lat moze cos tak oczywistego wypasc z glowy.

Żakowski nie lubi lizania rowa

Friday, August 7th, 2009

Dzisiaj na antenie TOK FM Żakowski, którego z wyrywkowych wypowiedzi, uważalem za rozsądnego człowieka, postanowił pobawić się w arcy-moderatora internetu. Przytaczając fochy jednej z reprezentantek Polski w siatkówce i jeden z wpisów z Gazety.pl postuluje i dziwi się niezmiernie, że administratorzy forum Gazety.pl czy Interii.pl uważają, że nie należy wprowadzać cenzury internetowej.
Autor zlikowanego wpisu zastanawia się czy Żakowski “nie czuje Internetu”. Aby nie obrażać rozumu w.w. pana – chyba musze sie z tym zgodzić. I to chyba tylko ze względu właśnie na pozytywne do niego podejście do tej pory. Pod wpływem (podobno) krytyki ze strony internautów, jedna z reprezentantek Polski strzela focha – nie chce już więcej grać. Ktoś pyta się, czemu “Kaczyński liże rowa Ukrainie”. W obydwu przypadkach winni są internauci, a nawet nie tyle oni, co właściciele serwisów, na których forach pojawiły się w.w. wpisy – przynajmniej do tego zmierza redaktor Żakowski. Wielce zdziwiony, że administratorzy nie powtarzają formułek prawnych (których to może się spodziewał), zapisanych im przez dział prawny ich pracodawcy, a podają jakieśtam argumenty, które wyglądają, jakby pochodziły z ich własnych przemyśleń!
Administrator Gazety.pl, któremu należy się nagroda za otwartość i szczerość wypowiedzi – przypomina jakiś incydent niewybrednych wypowiedzi na antenie radia, których częścią był jego aktualny rozmówca. Ten zaś twierdzi, że oni przepraszali, radio przepraszało i wszystko jest cacy. Nie ważne zatem co oni sądzą – bo stawiam, że ich naganne poglądy się nie zmieniły – ważne, że zgodnie z przyjętym “kodeksem” czy też prawem, chroniąc swoją dupę oraz pracodawcy – wszyscy przeprosili. To dopiero jest moralność Andrzeja Leppera, który w podobny sposób przepraszał Tomaszewskiego.
Puki co – internet jest wolny – w zakresie obowiązującego prawa. Istnieją przepisy skutecznie zmuszające firmy obsługujące serwisy i fora do moderacji (na wniosek) “szkodliwych wypowiedzi”. I koniec. Taka jest cena wolności słowa. Tak samo jak niemoderowane może być “Żakowski jest w chuj, kurwa wyjebany”, w dość pokrętny sposób przekazujące, iż Pan redaktor ma wiele zalet, tak samo niemoderowane pozostanie “lizanie rowa”, który w sposób dobitny, językiem człowieka prostego, który nie niekoniecznie skończył dziennikarstwo na UW, przekazuje innemu człowiekowi (potencjalnie również nie absolwentowi nauk politycznych), postawę służebną pewnego polityka w stosunku do innego państwa. Inteligentna osoba potrafi to zrozumieć Panie Jacku.

That’s the way – aha aha

Wednesday, October 1st, 2008

Rzeczpospolita donosi dzisiaj o historii pewnego mieszkanca Indianapolis, ktory zabil czlowieka i zamiast pojsc siedziec – jest bohaterem. Nie do pomyslenia w Polsce? Amerykanie sa szaleni? Wrecz przeciwnie!

64-letni Robert McNally udusil wlasnorecznie Davida Meyers’a (52), po tym jak niemal kompletnie nagi wpadl do domu Roberta ze sznurem, kneblem, paczka kondomow i nozem oraz mocnym postanowieniem zerzniecia 17-letniej corki panstwa McNally. Na szczescie zanim zakneblowal corke, ta zdarzyla krzyknac i zaalarmowac ojca, ktory wpadl do pokoju i udusil sukinsyna.

Policja bada sprawe – ale tylko po to, aby stwierdzic czy napastnik zmarl od uruszenia czy moze na zawal. Bo po cholere straszyc obronce rodziny, aresztowac i ciagac po sadach – zrobil to, co powinien zrobic kazdy normalny czlowiek – zabil sukinsyna, ktory zagrozil jego rodzinie.

W Polsce – to tylko fantazja i tak sie to niestety czyta – jak opowiesc sf lub historie z dawnych lat, jak to w Ameryce to jest dobrze i kolorowo. Smutne. Smutne jest tez to, ze dla wielu wypranych mozgow – jest to nie tylko nie do pomyslenia, ale i naganne – przeciez od wymierzania sprawiedliwosci jest policja – a panstwo McNally powinni po nia zadzwonic (co uczynila zona, kiedy maz zajmowal sie obezwladnianiem napastnika) i cierpliwie czekac na jej przyjazd. Mozliwe tez, ze za polskim, niedawnym przykladem powinni isc na inne pietro, wlaczyc telewizor – bo gwalciciel tak powiedzial.

It’s not a bug – it’s a feature

Thursday, July 10th, 2008

Tekst ten jest znany glownie przez znawcow technologii Microsoft – to ta firma wlasnie slynela z tego, iz potrafila wmawiac, iz jakas niezbyt udana funkcjonalnosc, to nie blad oprogramowania czy projektu, a specjalnie przemyslany “ficzer”.
Tym razem trafilo na firme z zupelnie “innej beczki” – GLS Poland, czyli jedna z oferujacych swoje uslug firm kurierskich. Ficzerem natomiast “doreczenie zastepcze” – czyli takie prawie doreczenie. Doreczenie, bo ktos przesylke dostaje, a prawie – bo niekoniecznie moze to byc adresat. I nie chodzi mi tutaj o (niekiedy przestrzegane przez firmy i poczte przesadnie, chociaz logicznie – jak najbardziej prawidlowo) dostarczanie przesylek jedynie do rak adresata, zamiast np. innego domownika, a o dostarczenie “w bezposrednim sasiedztwie” adresata, kiedy tego kurier nie zastal w domu.
Co moze byc powodem takich procedur? Nie – nie chodzi o wygode firmy – a o nas – klientow, ktorzy to sami zazyczylismy sobie takiego rozwiazania. Nie do konca wiadomo jednak o kim mowa – bo z jednej strony klientem jest nadawca, a z drugiej strony przedstawiciele GLS tlumacza, ze to adresatom (czyli de facto – nie klientom) zalezy, aby moc odebrac przesylke u losowego sasiada, niz czekac na telefon kuriera i ew. kolejne doreczenie przesylki.
A GLS – czy ma w tym interes? Naturalnie, ze nie – przeciez jaki w tym interes firmy kurierskiej, ze nawet nie dostarczajac przesylki, zgodnie z regulaminem ja dostarcza. Ze ma ja z glowy juz przy pierwszej wizycie – bez telefonow, umawiania sie, powtornych wizyt kuriera (moze ponownie nieudanych). Nie badzmy smieszni – to zaden interes – tylko klient ma wygodniej, bo sobie moze zapukac do sasiada i spytac czy czasem nic do niego nie przyszlo – zawsze przy okazji jeszcze o zdrowie mozna zapytac, porozmawiac o polityce lub o sporcie. Ot – takie zwiekszanie lokalnych wiezi – gratis od firmy – podobnie jak wyszczegolnione w cenniku powtorne doreczenie.
Firme GLS poznalem juz w przeszlosci – zamawiajac sprzet przez internet, wygladajac kuriera (po stwierdzeniu po trackingu, ze przesylka zostala zabrana przez niego do doreczenia) oraz stwierdzajac na koniec dnia, ze w miedzyczasie wcale nie bylo mnie jednak w domu, bo kurier mnie nie zastal. Informacja wiec nie robi na mnie wrazenia – ot – upewniam sie, ze nie zamowie towaru w firmie obslugiwanej przez GLS.
Wraca do lask stare powiedzenie – nie da ci tego kurier, nie da ci tego matka, co dac ci moze dzisiaj sasiadka.

Wybierz tło:
Gotowe Gotowe